(NIE)ŚWIADOME ŻYCIE

Żyjemy w ciągłym pędzie, praca, obowiązki domowe, dodatkowa praca, aby podreperować budżet domowy. Żyjemy w ciągłym stresie, aby wyrobić się każdego dnia ze wszystkim i lęku, bo nie wiadomo, co przyniesie następny dzień. W sklepach drożyzna, opłaty również poszły w górę. Przeliczanie i zastanawianie się po raz nasty, czy mogę pozwolić sobie na wakacje, czy jeśli wyjedziemy z rodziną na tygodniowe wczasy, to dam radę zakupić węgiel na zimę…. A może znaleźć sobie dodatkową, trzecią już pracę ? Mnóstwo pytań i żadnych odpowiedzi…

Dzień za dniem leci szybko. Mnóstwo pracy i obowiązków, a brak odpoczynku. Kumuluje się stres, złość, zniechęcenie. Bo ciało i głowa domagają się resetu, ale przecież nie można, bo na głowie mnóstwo zaległych spraw do ogarnięcia. Do tego trudne relacje rodzinne, samotność w wielkim mieście i bagaż niełatwych doświadczeń z dzieciństwa niesionych na swoich barkach. Dodatkowo wyjątkowo duża wrażliwość na świat, na ludzi, na siebie. Robi się „za dużo” I ta „szklanka” zaczyna się przelewać, a głowa powoli odmawia posłuszeństwa. Zaczynają się stany lękowe, wkrada się nerwica, a co naturalne dołącza do tego za jakiś czas podstępna depresja, która czeka ukryta latami, po to, aby uderzyć w najmniej oczekiwanym momencie. Mówią, że depresja, to choroba ludzi, którzy byli za długo zbyt silni. Byli całe swoje życie „Zosiami Samosiami”.

I co, gdy już nie możesz wstać z łóżka ? Gdy wstajesz już tylko do pracy, a całe weekendy leżysz w łóżku. Nienawidzisz tego stanu, nienawidzisz siebie samego w takim położeniu. Ale mimo wszystko tkwisz w tym, bo jest ci „bezpiecznie”. Później dochodzi zwolnienie się z pracy. Trudności ze znalezieniem kolejnej. Zaczyna się toczyć błędne koło. W końcu już wiesz, że jeśli nie pójdziesz do szpitala, to tego nie przetrwasz.

I tu zaczyna się nowa historia. Czego nauczył mnie szpital psychiatryczny ? Czego nauczyła mnie nerwica i depresja ?

Zaburzenia psychiczne przeniosły mnie z kompletnie nieświadomego życia do nauki bardziej świadomego jestestwa. Po pierwsze, zaczęłam czuć. Przez 20 lat mojego życia świat uczuć i emocji był dla mnie kompletnie zamknięty. Nigdy nie zastanawiałam się, co odczuwam w danej chwili, w konkretnej sytuacji, w różnych okresach swojego życia, nie mówiąc już o wyrażaniu emocji i uczuć na głos. I te kumulujące się odczucia (najczęściej złość) wybuchały i „wychodziły” w postaci lęku w najbardziej stresujących dla mnie sytuacjach. Lęk w takiej chwili sięgał zenitu, a mi było jeszcze trudniej uspokoić swoje ciało i głowę.  Teraz już wiem, że przeżywam emocje znacznie mocniej niż zwykły śmiertelnik. Bardzo męczę się, zarówno psychicznie, jak i fizycznie po intensywnych przeżyciach. Tak, potrzebuję nawet kilku dni odpoczynku, pobycia sama ze sobą, w spokoju i bez dużej ilości ludzi. Jestem w stanie powiedzieć: „Przepraszam, ale w tym momencie nie usiądę do stołu, bo potrzebuję pobyć sama.” I wiem, że to jest w porządku.

Ciągle się uczę, aby co jakiś czas zastanowić się nad tym, jak się czuję. Uczucia ostrzegają nas przed niebezpieczeństwem, mówią nam czego chcemy, a czego nie, służą do komunikowania się z ludźmi. Niewyrażone wracają do nas jak piłeczka ping pongowa i uderzają ze zdwoją siłą. Gdy czuję złość z powodu tego, że koleżanka kolejny raz spóźnia się na umówione ze mną spotkanie i zamiast powiedzieć jej to, to kumuluję w sobie złość, która wychodzi w postaci lęku lub po powrocie do domu zaczynam krzyczeć na Bogu ducha winnych domowników, którzy nie zrobili np. (zbędnych) zakupów. To od nas zależy co wybierzemy i jak zareagujemy, ale pamiętajmy, że emocje nie znikają ! Oprócz wypowiedzenia ich możemy również je wyćwiczyć. Nawet szybki, godzinny spacer będzie dobrym rozwiązaniem na emocjonalne rozładowanie się. Według badań, osoby cierpiące na częste ataki paniki, a uprawiające sport, mogą zmniejszyć do 90% częstotliwość występowania owych napadów. Tak więc wsłuchujmy się w siebie i podążajmy za tym, co mówią nam „tu i teraz” nasze emocje, uczucia i nasz nastrój.

Kolejną istotną kwestią są relacje z innymi ludźmi. Zaburzenia nerwicowe- depresyjne pokazały kto jest przyjacielem, kto został i pomógł, a kto po prostu odszedł. Nie, nie jestem zła na tych, którzy zerwali relację. Jestem świadoma, że taka osoba w tak ciężkim stanie psychicznym, jest po prostu bardzo „trudna” w codziennym funkcjonowaniu. Rozumiem, że niektórzy muszą odejść, aby chronić siebie i sami się nie rozchorować… Jednak nie o tym chciałam pisać.

W życiu człowieka  pojawiają się różni ludzie. Jedni na jakiś czas (np. w pracy), z niektórymi zaprzyjaźniamy się na kilka lat lub na całe życie, jeszcze z innymi znamy się tylko z widzenia, rodzina jest z nami najczęściej do końca życia (chociaż wiem, że różnie to bywa). I to jest normalne. Konkretne osoby pojawiają się w konkretnym okresie naszego życia. Dzięki chorobie wiem, że to ja jestem odpowiedzialna za moje relacje. Mam prawo zerwać kontakt z osobą toksyczną, która bardzo negatywnie wpływa na mój stan emocjonalny. A z drugiej strony o wartościowe kontakty muszę dbać, pielęgnować je i utrzymywać. Zaniedbane osoby odchodzą. Warto sobie od czasu do czasu pomyśleć, kto jest dla mnie ważny, kogo nie chcę stracić, a kto ciągnie mnie w dół, nie szanuje i niszczy. Wszystko jest wyborem i to ja sama w dużej mierze jestem odpowiedzialna za ludzi dookoła mnie. I jak to pisze Antoine De Saint-Exupery w książce „Mały Książę”: „Pozostajesz na zawsze odpowiedzialny za to, co oswoiłeś.”

Z drugiej strony często było mi przykro z powodu słabych relacji ze starszymi ode mnie osobami z mojej rodziny. Często myślałam, że to moja wina, że te kontakty są takie rzadkie, takie powierzchowne. Dzięki terapii zrozumiałam, że to osoba dorosła jest odpowiedzialna za budowanie kontaktu z dzieckiem, z nowym członkiem rodzimy, a nie dziecko. Wiem, że tylko ode mnie zależy to, jak będzie wyglądała moja relacja (i czy w ogóle ona będzie) z najmłodszym członkiem mojej rodziny, aktualnie 8-miesięcznym niemowlakiem. Czy za 30 lat odwiedzi on starą ciotkę, czy będzie chciał to robić, czy będzie unikał spotkań. Tak, tutaj od mojego dialogu, od przekazywanej ode mnie miłości, pracy i systematycznego kontaktu teraz zależy, co będzie za kilkadziesiąt lat. Człowiek, który czuje się kochany, zrozumiany, zaakceptowany i rozmawia (dialog to istota więzi) zawsze wraca do osoby, która mu to daje.

Przykro jest patrzeć na staruszków, którzy mając kilkoro dorosłych wnuków i widzą ich tylko od święta. I pomimo zapowiedzi, że przyjadą również w innym czasie, nie docierają. Jak pisze w Biblii, to co siejemy przez lata, taki plon będziemy zbierać na starość. Gdy przez lata nie ma dialogu, nie ma zainteresowania, nie ma okazywania miłości, to zostaje się samemu, bo nikogo nie ciągnie do ludzi, nawet tych najbliższych, z którymi nie ma tematu do rozmowy, z którymi nie ma żadnej więzi, oprócz więzi krwi.

Choroba cały czas uczy czegoś nowego. Pozwala widzieć i słyszeć to, czego inni nie widzą i nie słyszą. Czy jest ona błogosławieństwem czy przekleństwem ? Jeśli chodzi o moją drogę, o wszystko co do tej pory przeżyłam, z czym się zmagałam i z czym się będę zmagać, to stwierdzam, że choroba jest moim błogosławieństwem. Bo nigdy nie byłabym w tym miejscu, w którym jestem dzisiaj, gdybym była zdrowa. Nigdy nie poznałabym wielu wspaniałych ludzi i nigdy nie otrzymałabym tyle miłości, troski, opieki, ile otrzymałam od całkiem obcych mi ludzi. Dzięki nim pokonałam załamanie nerwowe i teraz jest dobrze. A co będzie za miesiąc, rok, 5 lat tego nie wiem, ale wiem już, że nie boję się rozpaczliwie przyszłości. I to mój największy sukces! J

…………………………

Fot. Canva

474