WYWIAD PANI ANETY PIASNY Z PANIĄ EWĄ HOFFMAN-SKIBIŃSKĄ

O projekcie

Jako specjaliści pracujący w projekcie Normalna Przyszłość staramy się swoim zaangażowaniem, wiedzą i sercem wspierać zgłaszających się do nas uczestników. Moi nieżyjący już rodzice zawsze mnie uczyli, że zło i dobro powraca. Ta pozornie naiwna prawda sprawdza się w naszej codziennej pracy. Od wielu uczestników otrzymujemy wyrazy wdzięczności, które są dla nas ważnym motorem działań. Staramy się rozwijać uczestnicząc w szkoleniach, superwizjach i studiując literaturę. Uczestnicy są dla nas też ogromnym źródłem wiedzy i impulsem do rozwoju. Jedną z osób, którą poznałam w projekcie i której osobowością i wiedzą się zachwyciłam, jest Ewa Hoffmann-Skibińska. Przegadałyśmy mnóstwo godzin (i tych projektowych i prywatnych) na tematy związane z szeroko pojęta psychologią i kulturą. Myślę, że rozmowy te stały się dla nas obu obszarem do inspiracji i rozwoju.

Zaprosiłam Ewę do rozmowy na temat projektu.

Co nas z Ewa łączy? Oczywiście wrażliwość, wartości, angażowanie się w tematy społeczne. Obie jesteśmy mamami i cieszymy się wsparciem naszych mężów i niemężów😉Doświadczyłyśmy choroby, która zatrzymała nas w pędzie życia i sprawiła, że spojrzałyśmy na świat z innej perspektywy. Orzeczenie o niepełnosprawności dało nam szanse celebracji codzienności i otwarło drogi do rozwoju, których wcześniej nie zauważałyśmy.

Obie z Ewa kończyłyśmy polonistykę na UAM. Choć wtedy się nie poznałyśmy (różnica wieku), to czas spędzałyśmy w tym samych bibliotekach i salach uczelnianych. Być może trzymałyśmy w rękach te same średniowieczne dzieła hagiograficzne.

😊

 

Ewa Hoffmann-Skibińska – polonistka, edytor-wydawca, żona i mama, czasami nawet kocia, wolontariuszka w  Stowarzyszeniu Wrzosowa KOTlandia. Mieszka we Wrześni. Zawodowo związana z branżą wydawniczą jako sekretarz redakcji, ale też freelancer, w międzyczasie edukator muzealny i marketingowiec w dużej firmie budowlanej. Gdy redaguje, robi to, co lubi, czyli jednym słowom dodaje skrzydeł, a innym je przycina. Współpracuje z autorami w ramach beta readingu; redagując, przenosi się zdalnie w dowolne miejsce na świecie. Niepoprawna kucharka – karmi bliskich daniami wyciągniętymi niemal kapelusza, a ich pochwały są jej siłą napędową. Nie grywa w planszówki, szachy, karty, nie układa puzzli. Za to czyta, i czyta, i czyta – zawodowo i prywatnie. Uwielbia delektować się ciszą i pracować, słuchając jazzu w wersji chillout. Lubi mieć na co czekać i celebrować małe wewnętrzne święta.

Aneta Piasny – psycholog, psychoterapeuta, doradca zawodowy, coach i polonistka. Doświadczenie zawodowe wyniesione głównie z biznesu, gdzie zajmowała się szeroko pojętym rozwojem pracowników. Pracowała tez w urzędzie pracy jako doradca zawodowy, a potem jako coach i psycholog w wielu projektach europejskich. Aktualnie mieszka i pracuje w Poznaniu i w Hamburgu. Lubi życie w dwóch krajach i poznawanie nowych ludzi. O doświadczeniach multikulti może opowiadać bez końca. Ulubione motto: „Nie ma drogi do szczęścia, to szczęście jest drogą”. Stąd bycie w drodze jest jej ulubionym „statusem”. A ta „droga” to jakiś stan między „uważnością” a głodem życia. Zainteresowania to kultura europejska i tematyka człowieka jako jednostki postawionej wobec świata i historii. W 2016 roku pracowała jako wolontariusz w Niemczech dla organizacji przyjmującej uchodźców. Lubi podróże, ale najważniejsza była kobieca podróż-włóczęga z córką po indonezyjskiej Jawie w 2018. Te dwa doświadczenia spotkań z ludźmi z innych stref kulturowych bardzo silnie zapadły jej w pamięci.

 

 

A: Ewo, czy z Twojego punktu widzenia projekty unijne mają sens? Pytam Ciebie o Twoją perspektywę jako Uczestniczki Projektu „Normalna Przyszłość”?

E: Mają sens. Ogromny. Dla mnie, jako beneficjentki, nie ma znaczenia, czy to projekt unijny, czy inny. Ważni są specjaliści skupieni wokół jego realizacji, ich wiedza, zaangażowanie, otwartość, a, co za tym idzie, możliwość skracania dystansu. To jest pierwszy projekt, w którym uczestniczę, więc nie mam porównania. Aczkolwiek jestem pozytywnie zaskoczona atmosferą, którą stworzyli prowadzący i Magda, koordynująca pracę biura we Wrześni. Ten projekt to szansa na spotkanie osób, których nie miałabym szansy poznać, na zawarcie znajomości, przyjaźni… Projekt jest skierowany do osób bezrobotnych i/lub niepełnosprawnych, czyli tych, które są spychane na margines społeczeństwa. W PRL-u na tego, kto unikał pracy, nazywano bumelantem. Teraz ludzie chcą pracować, ale jako bezrobotni często są traktowani jako gorszy sort. To samo z osobami posiadającymi orzeczenie o niepełnosprawności, tzw. grupę, która z jednej strony jest przez pracodawcę pożądana, bo zapewnia dofinansowanie z PFRON-u, a z drugiej jest proceduralną kulą u nogi. Ten projekt to nie jest pic na wodę. To jest efekt zaangażowania wielu osób po to, by móc zmienić życiorysy, dać szansę. To nie jest przelewanie z pustego w próżne. Uczestnictwo w projekcie to nie jest podpisywanie listy w urzędzie pracy, żeby statystyka się zgadzała, i żeby pani zza biurka miała porządek w papierach. Tu każdy uczestnik jest dostrzegany. Do każdego podchodzi się ze zrozumieniem jego potrzeb, z każdym przepracowuje się jego tematy.

 

A: Co udział w projekcie Tobie dał?

E: Udział w projekcie umożliwił mi spojrzenie na siebie z innej perspektywy. Jestem wysoko funkcjonującą osobą niepełnosprawną i oceniam siebie, jak się okazuje, poniżej swoich możliwości. Jestem ambitna, ale nie wierzę w siebie i mierzę niżej, niż dosięgam. Dzięki rozmowom z Tobą, Aneto, z Asią – doradcą życiowym, mam wrażenie, że spadły mi łuski z oczu. Uczestnictwo z projekcie, poza możliwością wzięcia udziału np. w kursie Excela, dało mi przede wszystkim taką moc, nazwałabym ją – mentalną. A jednocześnie wyposażyło w wiedzę przekazaną przez prowadzących podczas warsztatów. Pewne oczywiste sprawy okazały się jeszcze bardziej oczywiste. Jakbym całe życie mówiła prozą i nic o tym nie wiedziała…

 

A: Wyczytałam gdzieś, że „pomaganie jest egoistyczne”. Dajemy i dostajemy. Bardzo cenię sobie nasze rozmowy i Twój sposób postrzegania świata.

E: W moim ulubionym serialu „Przyjaciele”, jedna z bohaterek, Phoebe, chcąc udowodnić, że istnieją uczynki bezinteresowne i nikomu nieszkodzące, postanawia pozwolić się użądlić pszczole. Potem dowiaduje się, że pszczoła padnie po takiej uczcie i cały misterny plan bierze w łeb. Jestem zwierzolubem, kocią mamą dla bezdomnych futrzaków, które wydobrzam jako opiekun w domu tymczasowym i wypuszczam w świat, czyli do adopcji. I czy ja to robię dla tych kotów? I tak, i nie. Oczywiście, serce mi krwawi, jak biorę pod swoje skrzydła zamorzoną głodem bidę, którą pchły niosą. Ale obserwowanie, jak zdrowieje, rośnie, uczy się człowieka – to jest dla mnie. Egoistycznie sobie to zawłaszczam. Uwielbiam uczucie radości, które mnie przepełnia, kiedy obcuję z takim wyrwanym ulicy kociakiem. To prawdziwa felinoterapia. I nie ma znaczenia, ile czasu poświęcam na pielęgnowanie takiego ogonka, ile benzyny przejeżdżę na wizyty do weterynarza, ile nocy nie prześpię, bo trzeba zaopiekować się zwierzęciem po zabiegu operacyjnym. To jest moje i nikomu nic do tego. Tak, lubię pomagać. I towarzyszące pomaganiu uczucie jest mi miłe. Lubię zawieźć starszej pani zupę albo kawałek ciasta, załatwić komuś coś, bo akurat mam możliwość. Natomiast nie znoszę, kiedy oczekuje się ode mnie czegoś, bo jestem czyjąś siostrą, znajomą, bo coś umiem, bo powinnam. Nie cierpię pomagania niejako z urzędu, pod przymusem, bo co ludzie powiedzą. A niech gadają. Cały świat składa się z ludzi pokroju Hiacynty Bouquet.

 

A: Ewo, włączałaś się w wiele naszych działań np. kiedy na ekospotkania przywoziłaś odzież własną i zebraną od znajomych.

 

E: Tak. Zaczęłyśmy kiedyś rozmawiać o poznańskiej „Po-dzielni” i taki mi się mechanizm uruchomił. Ja od wielu lat czyszczę szafy według zasady: jeśli czegoś nie założysz chociaż raz w ciągu sezonu, to już po to nie sięgniesz, choćby skały drżały. Inna rzeczy, że kalorie, to takie małe istoty, które zamieniają w szafach ubrania na mniejsze w czasie, kiedy śpimy. Teraz już nie ma opcji, że coś jest niemodne. Teraz nosi się wszystko. Ale mam ostatnio duże parcie na pozbywanie się przedmiotów, bardzo tego potrzebuję. Im mam mniej klamotów, tym jest mi lepiej. I zaczęłam tym sposobem myślenia zarażać moich panów, czyli męża i syna oraz najbliższych znajomych. W efekcie po kilku dniach miałam cały bagażnik ciuchów w różnych rozmiarach oraz koców i ręczników do schroniska dla zwierząt. Do swojej szafy podchodziłam jak jeż do jeża, po kilka razy i ostrożnie, za każdym z jej przepastnych trzewi wyrywając kolejne wieszaki. Dla mnie i dla tych, od których zebrałam ubrania na ekospotkanie, ważny był jeden aspekt – żeby trafiły w dobre ręce, żebym wiedziała, że ucieszyły, a nie, że wpadły w dziurę w kontenerze i wpadły w ręce nie wiadomo komu, bo może nie uszanuje? Ja bym chętnie zobaczyła, i nawet już widziałam, którąś z pań – uczestniczek projektu – w jakimś moim ciuszku. To jest jak dawanie nowego życia. Jak widać, daję je nie tylko kotom, bo również książkom, zastawie stołowej itp.

 

A: Zaproponowałam uczestnikom prace z kartami metaforycznymi i spotkało się to z dużym zainteresowaniem. Karty stosowałam w grupach wsparcia i w trakcie spotkań indywidualnych. W moim przekonaniu sprawdziły się one w obszarze komunikacji i pomocy w rozwiązywaniu osobistych problemów.  Jak Ty odebrałaś taka metodę?

 

E: Obydwie wiemy, że w moim przypadku, karty, jak Cyganka, prawdę powiedziały. Choćbym się rękoma i nogami broniła przed tematami, które mnie gryzą, one wyjdą niespodziewanie i zdefiniują się samoczynnie. Dla mnie w ogóle psychologia to takie niechciane, niedopuszczane do siebie zjawisko. Na studiach ominęłam kurs psychologiczny, bo podczas wykładów, jak słyszałam, że coś może być jednocześnie czymś takim i czymś zupełnie innym, to do ćwiczeń już nie dotrwałam. W ostatnich 5 latach nauczyłam się doceniać bogactwo psychologii, i, nawet, wręcz z ekstatyczną przyjemnością, oddaję się ćwiczeniom typu karty metaforyczne czy też rozmowom z podwójnym dnem.

 

A: Dzięki Twojej inicjatywie Biuro Projektu we Wrześni nawiązało kontakt ze Stowarzyszeniem Wrzosowa KOTlandia. Jak powiedziała Magda Kędziora, Koordynatorka Biura, wartość człowieka poznaje się po tym jak traktuje zwierzęta.

 

E: I dlatego Polska jest w tej statystyce zaledwie kawałek przed krajami określanymi jako Trzeci Świat. Często nie zdajemy sobie sprawy z tego, jak cierpią zwierzęta, dopóki nie wypłyną jakieś Radysy albo pseudohodowla, w której samice rodzą po kilka razy w roku, a małe przychodzą na świat z wadami genetycznymi przez chów wsobny. Albo wykształceni ludzie mówią: „Pani, ja psa/kota nie wykastruję! Toż chłop chłopu tego nie zrobi. To się nie godzi”. Ale to nic, że samiec pójdzie na lofry na wieś, zawróci w głowie kilku pannom… A dwa razy do roku, cyk, po 12 szczeniąt/kociąt. Co mówi kocur na widok zmartwionego ojca, któremu urodziły się trojaczki? „Nie martw się, rozdasz”. A potem te rozdane lądują w koszu na śmieci, albo przywiązane do płotu, zapakowane w reklamówkę, bo przyroda sama się o swoje upomni, kocięta np. ogolone do żywej skóry, bo ktoś się zabawił, podpalone, pobite, postrzelone, bo komuś zachciało się poćwiczyć z wiatrówki… Szkoda gadać.

A co do współpracy, to jest cudnie. Stowarzyszenie jest tu zdecydowanie biorcą. Na tym etapie, dzięki ofiarności i pomysłowości prowadzących projekt, mamy przyklepane/obiecane fanty, w tym sesję psychologiczną ofiarowaną przez Ciebie, Aneto. Magda, koordynatorka biura, ma głowę pełną propozycji, a i też nie szczędzi środków własnych, i przewrotnie mówi, że robi to dla siebie… Stowarzyszenie czeka na rejestrację w sądzie. Dostaniemy NIP, REGON, założymy konto bankowe i ruszamy z bazarkiem, z którego dochód w całości zostanie przeznaczony na wikt, opierunek i weterunek kotów, które mamy pod opieką. W tej chwili jest ich kilkanaście. Niektóre po szczepieniach, zdrowe, czekają na swoje zaklepane domki, inne są leczone i socjalizowane. Wszystko opłacamy z własnej kieszeni oraz ze zbiórek. Naszym priorytetem jest też wyłapywanie i kastracja dzikich kotów, aby zastopować ich niekontrolowane rozmnażanie. Słowem – plany mamy ogromne, ogranicza nas tylko brak funduszy i czasu, bo każda z nas ma rodzinę, studia/pracę, a doba nie jest z gumy. Mam nadzieję, że gdy ruszy bazarek, uda mi się namówić innych uczestników projektu, do przejrzenia szaf i ofiarowania tego i owego. To będzie takie dwa w jednym. I proekologiczne i prokocie.

A: Dziękuję za rozmowę.

Autor: Aneta Piasny